poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Uwierz w ducha

Ja, bardzo racjonalnie i przyziemnie myślący człowiek, który ma na co dzień tyle spraw na głowie, że nigdy by nie pomyślał o jakiś tam kolokwialnie rzecz ujmując duchach... nagle doświadcza czegoś, co zazwyczaj widzi na ekranie w kinie czy w domu...

Lubię horrory. Chociaż bardziej lubiłam je przed ciążą. Obecnie jakoś takie dodatkowe dawki strachu mi nie służą. No ale horror to horror - fikcja ekranowa. Czasem słyszało się o jakiś rzeziach, zabójstwach, itp., ale zawsze gdzieś. No i zawsze to tylko jakiś fragment wiadomości, które fizycznie nas nie dotyczą.

O jakiś tam opętaniach czy nawiedzeniach też jest masa książek, filmów i legend, ale szczerze - kto obecnie ma czas i chęć nakręcać się na jakieś duchy? No nie ma czasu, dziś jest ciągły wyścig szczurów, wieczny pościg za króliczkiem.

Skoro więc tak, to po co ja tu marnuję swój i Wasz czas na jakieś duchy?

Z końcem czerwca kończyła się nam umowa na mieszkanie i siłą rzeczy szukaliśmy kolejnego. Niby mogliśmy ją przedłużyć, ale mieszkanie w dwie osoby w kawalerce, gdzie brakuje mebli, na dłuższą metę wkurwia. A że jeszcze się okazało, że mamy trzeciego człowieka w drodze, to motywacja do znalezienia czegoś co ma przy najmniej 2 pokoje wzrosła.

I my znaleźliśmy mieszkanko na Dąbrowie, trzy pokoje, za niecałe 200 zł więcej niż wówczas płaciliśmy. Okazja! Wiecie, rewelacji nie było, ale mieliśmy pomysł, jak łazienkę i duży pokój nieco pod nas przerobić, więc nie wahaliśmy się długo i trochę w ciemno braliśmy (zgodziliśmy się nim fizycznie obejrzeliśmy mieszkanie). Potem pojechaliśmy je obejrzeć, i jak mówię, mimo braku paru rzeczy, metraż do nas przemawiał. Dodatkowo właścicielce  nie przeszkadzał fakt, że spodziewamy się dziecka. Raczej wręcz zachwalała okolice i sąsiadów powtarzając w kółko to samo, że tu są tak mili sąsiedzi, że można im nawet dziecko zostawić i oni się nim z chęcią zaopiekują.

Co było dla mnie dziwne tego dnia to fakt, że czekając na właścicielkę pod klatką, nagle wyszła z "naszej" klatki starowinka, która od razu zlustrowała mnie z góry na dół i słodko uśmiechając się, przywitała się ze mną, pomijając Łukasza zupełnie. Aż było mi głupio, że to ja nie powiedziałam jej "dzień dobry" pierwsza. Ale mimo to było to bardzo uprzejme z jej strony. Następnie skierowała się w kierunku ławeczki, aby karmić jednego i tego samego gołębia, który nie miał jednej nogi.

O tym spotkaniu zapomniałam dość szybko... W końcu jeszcze tyle rzeczy było do zrobienia.

29 czerwca zaczęliśmy przewozić rzeczy. 30 skończyliśmy. Kiedy tak lataliśmy z auta do mieszkania i z mieszkania do auta po kolejne rzeczy, ni stad ni zowąd poczułam takie dziwne coś. Nie wiem co dokładnie. I nie chodzi tu nawet specjalnie o taki typowy chłód, to było coś jakby taka nieswojość, jakaś obecność. Takie uczucie, kiedy odkładałam kolejny karton na podłogę, które jakby kazało tego pudła wcale tam nie kłaść. Głupie, co nie? Zwłaszcza, że od tego momentu prześladowała mnie myśl, że jak zostanę w tym mieszkaniu, to umrę... To było chore!

Cholernie dziwne uczucie, ale nic nie mówiłam. Otrząsałam się i poleciałam po kolejne rzeczy. Bo my tak na zmianę je nosiliśmy. Wtedy tak wnosząc te pudła znów natknęłam się na tą samą starszą Panią, która z uśmiechem otworzyła mi drzwi do klatki i zapraszającym gestem wpuściła do środka. Uśmiechnęłam się i podziękowałam najładniej jak umiem oraz ruszyłam na górę. Co ciekawe, myślałam że przytrzyma drzwi Łukaszowi, ale ona je przed nim... zamknęła! Dziwne... Ale pomyślałam wtedy, że może jej się spieszyło i tak jakoś wyszło...

Kiedy już skończyliśmy, zaczęliśmy się rozglądać po mieszkaniu. Na ścianie jednego z pokoi zauważyliśmy jednego robaka. Takie małe coś. Na początku myśleliśmy, że może wlazł sobie z zewnątrz. Oczywiście kapciem go i po sprawie, a potem pojechaliśmy jeszcze w kilka miejsc.

Wracamy, a w tym samym pokoju przywitały nas jeszcze 3 robaczki. Git! Od razu sprawdziliśmy co to może być - wyglądało niby na kleszcze. Od razu zadzwoniliśmy do właścicielki, która powiedziała, ze to niemożliwe. Tak czy siak po zamordowaniu ich, Łukasz wziął się za lodówkę, którą trzeba było umyć. Dacie wiarę, że to co znaleźliśmy w zamrażalce zmroziło nas???

Larwy much! Ohyda! Jak żyję, w życiu nie widziałam tylu larw much na żywo! W filmach - ale i owszem. Słabo nam się zrobiło, ale Łukasz dzielnie z tym walczył.

Nie powiem, po tych 2 dniach nie byliśmy wcale rozpakowani, chodziliśmy spać grubo po północy i wstawaliśmy ok 5 rano i czym prędzej opuszczaliśmy ten dom. Nie wiem czemu. Jakoś żadne z nas się nie kwapiło, aby zacząć tam mieszkać normalnie. Wszystko jak stało, tak stało. A jak na złość robaczków przybywało... Zaczęliśmy bardziej buszować po necie i to jednak nie były kleszcze, tylko pluskwy. Ble! Od razu powiedzieliśmy o tym właścicielce, która niestety nas wyśmiała. Byliśmy zmuszeni opuścić to mieszkanie czym prędzej. Nie było to takie łatwe. Najpierw musieliśmy coś znaleźć. Dodatkowo owa starsza Pani, zawsze kiedy szłam do kuchni, siadała na tej samej ławeczce i dalej karmiła swojego gołębia. Okno w kuchni było skierowane wprost na ławkę, ale mieściło się na pierwszym piętrze. Raz widziałam, jak patrzy w nie i odruchowo się uśmiechnęłam, a ona... odwzajemniła uśmiech!!! Widziała mnie? Zza firanki, na pierwszym piętrze? Brrr... Dziwne.

W końcu podjęliśmy decyzję, że jeśli nie chcemy się wykończyć psychicznie, musimy się wyprowadzić już, w tej chwili! Tymczasowo poprosiliśmy rodziców o pomoc. Na szczęście zgodzili się.

Dzień przeprowadzki był najcudowniejszym dniem. W końcu po tygodniu niewyspania, mogliśmy się normalnie wyspać! U rodziców mieszkaliśmy prawie 2 tygodnie, nim znaleźliśmy obecne, przytulne mieszkanko.

Wtedy do tematu poprzedniego mieszkania wrócił Łukasz. Zaskoczył mnie, tym co powiedział, a powiem Wam, że on chyba jest jeszcze bardziej twardo stąpającym człowiekiem niż ja.

Zapytał czy czułam coś dziwnego w tamtym mieszkaniu, bo nie chciał mnie wcześniej straszyć. Śmieszne, ale ja też nie mówiłam mu o swoich odczuciach, żeby jego nie straszyć.

Powiedział, że na noc przed wyprowadzką, kiedy czekał aż się umyję, poczuł po raz kolejny chłód. Gęsia skórka przebiegła mu po plecach, więc postanowił coś porobić, by nie czuć się obserwowanym, intruzem w domu. Zaczął zmywać naczynia. A raczej nim zbliżył się do zlewu stanął jak wryty! W zlewie stał kubek z łyżeczką, która nagle na jego oczach przekręciła się z góry na dół... Wykonała ruch w kubku o 180 stopni, czego nie mogłaby zrobić sama bez użycia ręki!

Przeraził się nie na żarty i wtem powiedział na głos, że nas już jutro tu nie będzie, więc chcemy mieć ostatnią spokojną noc. Nic więcej już się nie wydarzyło, choć robaczki już grasowały po kolejnym pokoju, na szczęście wciąż omijając sypialnię.

Ja sama jak pakowałam resztę rzeczy, tzn. musieliśmy sprawdzić spakowane rzeczy jeszcze raz, żeby nie brać na gapę niechcianych lokatorów, znalazłam ćmę gigant! Ale taki gigant, że o mało zawału nie dostałam! Tego robactwa było coraz więcej!

Zapytał mnie też, czy widziałam jak owa starsza Pani gładko i z uśmiechem śmiga sobie po klatce schodowej oraz jakie ma poważanie na osiedlu wśród ludzi obu płci i w różnym wieku? Nie, nie widziałam, nie mieściło mi się to w głowie, choć sama opowiedziałam mu o incydencie w kuchni... Sam przyznał, że to wszystko jest dziwne i ze nigdy wcześniej nie miał czegoś takiego.

Byliśmy przerażeni i osłabieni. I szczęśliwi, że jesteśmy już tak daleko. Mam nadzieję, że mieliśmy jakieś zbiorowe halucynacje albo się nam to przyśniło, bo powiem szczerze - fajnie jest się bać, oglądając film czy czytając książkę, ale przeżywając coś takiego na własnej skórze?

Nigdy więcej!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz