W co dziś wierzymy? Jak wygląda ewolucja wiary moim okiem?
Możecie się zgodzić lub nie ale od ostatniego stulecia nasza jakże katolicka Polska stała się Polską wolną od wiary. I choć statystyki pokazują, że nasze państwo to dalej w olbrzymiej części państwo katolickie, to realia wyglądają nieco inaczej...
Czemu mamy tylu chrześcijan?
Bo rodzice podejmują decyzję za dziecko i dla świętego spokoju, żeby ludzie nie gadali, żeby inne dzieci nie wykluczyły mojego dziecka, żeby rodzina się nie czepiała i głowy nam nie suszyła, żeby w przyszłości nie miało problemów (jakich problemów??), i tak dalej i tak dalej...
Więc dlatego mamy aż tylu chrześcijan.
A dlaczego są oni tylko na papierze?
No bo rodzice nas ochrzcili, nie pytając o zdanie, później nie praktykując specjalnie religii w domu, nie zaciągają na siłę do kościoła, a nawet może nie zbyt pochlebnie o kościele się wypowiadają w domu, przez co u dziecka kreują już obraz kościoła złego.
Skąd ta niechęć do kościoła?
A no możemy jej szukać np. w naszym dzieciństwie, kiedy to nasze babki dewotki na siłę za kołnierz ciągnęły do kościoła na punkt 8 czy 10, nie pozwalając dzieciom obejrzeć bajki do końca i pójść z nimi na mszę np. na godzinę 12... No już w głowie dziecka rodzi się przymus, a nie radość. A przymus czy zakaz jest zły, więc kościół jest zły.
Dwa - brak przekazywania wartości, a główny nacisk kładzie się na odklepanie regułek i modlitw jako wyznacznik cudzej wiary. Nie jest to dość przekonywujące.
Trzy - brak dobrej edukacji. Dobra edukacja mówi o równości wszystkich religii, a nie wyższości jednej nad drugą. Uczy o istnieniu innych religii, a nie zakazuje się edukacji o nich. Zamykanie człowieka w stalowych ramach budzi bunt. W zasadzie można się pokusić o stwierdzenie, że sam kościół buntuje młodzież do siebie.
Dziś jest internet. Można wszystko sprawdzić, porozmawiać z ludźmi o innej wierze i kulturze. Samemu dokonać decyzji i wydać opinię. Zmuszanie nas do czegoś, bo w mniemaniu kogoś jest to dobre, bez uzasadnień, nie prowadzi do niczego dobrego. Prowadzi do buntu, do walki, do odwrócenia się.
Dziś odczuwanie jakiejkolwiek presji, przymusu nie spotyka się ze ślepym przyjęciem. Dziś stawiamy pytania, oczekujemy satysfakcjonujących odpowiedzi. Bylejakość nas nie interesuje. Brak logiki nas nie interesuje. Odpowiedzi na odczepne nas nie interesują.
Więc albo kościół się ogarnie i dostosuje, albo kościół sukcesywnie traci. Wiara jest wiarą i nią pozostanie, a instytucja kościoła, póki będzie zacietrzewiona w swoich od lat nie zmienianych sposobach przekazu, będzie dalej tracić.
sobota, 29 sierpnia 2015
środa, 26 sierpnia 2015
Lepszy zawód czy tytuł magistra?
Wszędzie wszyscy pieją dookoła, że na studia iść trzeba, edukować się trzeba i tytuł magistra zdobyć trzeba... I co dalej? Co mają zrobić Ci biedni ludzie, którzy posłuchali tego tłumu ryczących owiec, że studia są najistotniejsze w życiu i że bez studiów nic nie osiągną, dlatego poszli na te studia. Wymarzone lub mniej wymarzone i tyrali więcej lub mniej przez 5 lat swojego życia (albo 3 - bo licencjat to też studia wyższe)?
No mają te swoje tytuły, nawet z 5 na koniec. I???
I gratuluję, oto antyrama, włóż papierek, powieś na ścianie, stań obok, zrób sobie zdjęcie i wrzuć dumnie na facebooka - niech inni też wiedzą, że masz wyższe! Ten prestiż! Ten szpan! Jestę Magistrę! Teraz nikt mi nie podskoczy! Teraz będę zarabiał kupę kasy, będę przebierać w ofertach pracy i dyktować warunki, bo jestę magistrę!
Sasasasasa... Weź palnij się w łeb! Obudź się! Albo Ci się fuksnie i uda Ci się trafić gdzieś i zacząć zarabiać może nawet więcej niż najniższa krajowa albo porzuć złudzenia i witaj w brutalnym świecie, gdzie głównie wiedza specjalistyczna i konkretne umiejętności mają rację bytu!
A tak serio - masz plecy? Obyś miał/a dobre plecy - wtedy i bez studiów jest się ustawionym.
Nie twierdzę, że jesteśmy do dupy, ale z ręką na sercu, jeśli jesteś takim szaraczkiem, takim co umie wszystko i nic (jak ja dla przykładu - i coś liznełam z informatyki, coś z programowania, coś z kosmetyki, fryzjerstwa czy zarządzania, a nawet psychologii) i nie ma znajomości to albo musi mieć szczęście albo musi się podrasować w czymś i stać się dobrym albo sorry, musimy schować papierek do kieszeni i zapierdalać w tym, co akurat jest.
Tylko UWAGA! Jeśli masz mgr i chcesz pracować w sklepie, możesz się mocno zdziwić, że nie chcą do Ciebie oddzwonić. No cóż - jesteś trochę przekwalifikowany w ich mniemaniu, więc teoretycznie musieliby Ci więcej zapłacić. Więc albo usuń z CV tytuł albo szukaj pracy gdzie indziej.
Zawód. Tytuł technika.
No ma to jakiś sens. Raz, że uzyskać możesz go szybciej niż tytuł po studiach, dwa - masz konkretną wiedzę i konkretne umiejętności. No hus tam, że samemu trzeba się doszkolić z tego i tamtego i ogólnie poświęcić sporo czasu na doskonalenie się w danym zawodzie, ale tu prędzej znajdziemy pracę. Może nie zaraz za jakieś nie wiadomo jakie kokosy, ale gdzieś się dla nas miejsce znajdzie.
Poza tym możemy też próbować dorabiać/zarabiać chałupniczo oferując swoje usługi. Zawsze dodatkowy pieniądz albo początek drogi do własnego biznesu. Często jest tak, że rynki zawodowe to ograniczone tory, z których każda nowa osoba chce mieć jakiś kawałek. Jeśli satysfakcjonuje nas taki mikro kawałek, to proszę bardzo - dam radę. Ale prawdziwy hajs na zawodzie mają Ci, co albo mają już hajs i mogą sobie spokojnie inwestować dalej albo są nieco bardziej innowacyjni i mogą zaproponować swoim klientom coś więcej niż standardowe usługi.
Wtedy to oni tworzą jakby nowy tort, z którego jest możliwość ukrojenia sobie kawałka.
Spokojnie - torty tworzą nie tylko "zawodowcy". "Tytułowcy" też mogą, a nawet to robią.
KONKLUZJA?
Nie, nie powiem Wam jak krowie na rowie co warto a czego nie warto. Bo nie wiem. Ja pewnie bardziej poszłabym w kierunku wykształcenia zawodowego, ale nie wiem czy tylko i wyłącznie czy jako dodatek do całokształtu.
Sami ocenie co Wy chcecie. A jeśli odpowiecie sobie na to pytanie, że chcecie zarabiać szmal, to od razu mówię, że to nie jest odpowiedź właściwa. Szmal to konsekwencja tego, co Wy robić będziecie. Więc skupcie się raczej na tym, co robić lubicie i róbcie to jak najlepiej potraficie, nie myśląc o konsekwencjach.
No mają te swoje tytuły, nawet z 5 na koniec. I???
I gratuluję, oto antyrama, włóż papierek, powieś na ścianie, stań obok, zrób sobie zdjęcie i wrzuć dumnie na facebooka - niech inni też wiedzą, że masz wyższe! Ten prestiż! Ten szpan! Jestę Magistrę! Teraz nikt mi nie podskoczy! Teraz będę zarabiał kupę kasy, będę przebierać w ofertach pracy i dyktować warunki, bo jestę magistrę!
Sasasasasa... Weź palnij się w łeb! Obudź się! Albo Ci się fuksnie i uda Ci się trafić gdzieś i zacząć zarabiać może nawet więcej niż najniższa krajowa albo porzuć złudzenia i witaj w brutalnym świecie, gdzie głównie wiedza specjalistyczna i konkretne umiejętności mają rację bytu!
A tak serio - masz plecy? Obyś miał/a dobre plecy - wtedy i bez studiów jest się ustawionym.
Nie twierdzę, że jesteśmy do dupy, ale z ręką na sercu, jeśli jesteś takim szaraczkiem, takim co umie wszystko i nic (jak ja dla przykładu - i coś liznełam z informatyki, coś z programowania, coś z kosmetyki, fryzjerstwa czy zarządzania, a nawet psychologii) i nie ma znajomości to albo musi mieć szczęście albo musi się podrasować w czymś i stać się dobrym albo sorry, musimy schować papierek do kieszeni i zapierdalać w tym, co akurat jest.
Tylko UWAGA! Jeśli masz mgr i chcesz pracować w sklepie, możesz się mocno zdziwić, że nie chcą do Ciebie oddzwonić. No cóż - jesteś trochę przekwalifikowany w ich mniemaniu, więc teoretycznie musieliby Ci więcej zapłacić. Więc albo usuń z CV tytuł albo szukaj pracy gdzie indziej.
Zawód. Tytuł technika.
No ma to jakiś sens. Raz, że uzyskać możesz go szybciej niż tytuł po studiach, dwa - masz konkretną wiedzę i konkretne umiejętności. No hus tam, że samemu trzeba się doszkolić z tego i tamtego i ogólnie poświęcić sporo czasu na doskonalenie się w danym zawodzie, ale tu prędzej znajdziemy pracę. Może nie zaraz za jakieś nie wiadomo jakie kokosy, ale gdzieś się dla nas miejsce znajdzie.
Poza tym możemy też próbować dorabiać/zarabiać chałupniczo oferując swoje usługi. Zawsze dodatkowy pieniądz albo początek drogi do własnego biznesu. Często jest tak, że rynki zawodowe to ograniczone tory, z których każda nowa osoba chce mieć jakiś kawałek. Jeśli satysfakcjonuje nas taki mikro kawałek, to proszę bardzo - dam radę. Ale prawdziwy hajs na zawodzie mają Ci, co albo mają już hajs i mogą sobie spokojnie inwestować dalej albo są nieco bardziej innowacyjni i mogą zaproponować swoim klientom coś więcej niż standardowe usługi.
Wtedy to oni tworzą jakby nowy tort, z którego jest możliwość ukrojenia sobie kawałka.
Spokojnie - torty tworzą nie tylko "zawodowcy". "Tytułowcy" też mogą, a nawet to robią.
KONKLUZJA?
Nie, nie powiem Wam jak krowie na rowie co warto a czego nie warto. Bo nie wiem. Ja pewnie bardziej poszłabym w kierunku wykształcenia zawodowego, ale nie wiem czy tylko i wyłącznie czy jako dodatek do całokształtu.
Sami ocenie co Wy chcecie. A jeśli odpowiecie sobie na to pytanie, że chcecie zarabiać szmal, to od razu mówię, że to nie jest odpowiedź właściwa. Szmal to konsekwencja tego, co Wy robić będziecie. Więc skupcie się raczej na tym, co robić lubicie i róbcie to jak najlepiej potraficie, nie myśląc o konsekwencjach.
niedziela, 23 sierpnia 2015
Dziecko!
Taka refleksja na dziś... Dziecko!
Już pisałam wcześniej, że chciałam mieć dziecko, ale chcenia do posiadania długa droga... Ale ja w sumie nie o tym. Bo moim największy marzeniem było zostać od razu... babcią! Taką z jajem!
Taką nowoczesną babcią Asią, która pomoże w każdej chwili! Taką, z którą będzie można o wszystkim i pogadać i poklikać ;)
A na święta piec pierniczki... i je lukrować... i śpiewać ;)
No ale jakoś ten świat tak jest skonstruowany, że aby móc zostać babcią, trzeba być rodzicem.
No fajnie, fajnie, najpierw ta brudniejsza robota, nim przejdziemy do tej fajniejszej, tak zwanej od czasu do czasu, jak nam ktoś swojego małego berbecia podrzuci...
Zatem długa droga przede mną! Bo to dopiero początek... Jeszcze jakieś 20 i trochę lat, no i jeszcze to małe coś musi znaleźć sobie kogoś, z kim spłodzi kolejne potomstwo, bym ja mogła się realizować w roli babci ;P Hehe, pewnie do tego czasu mi ta rola zbrzydnie ;P
Ciekawe czy mama Asia będzie tak samo fajna jak babcia Asia... Coś czuję, że to będzie dwie kompletnie różne osoby... Zazwyczaj rodzic jest bardziej wymagający niż dziadkowie i tak może być i w tym przypadku.
I chociaż zdaję sobie sprawę, że nie będzie to mała kopia rodziców, która będzie realizować niespełnione sny swoich rodzicieli, tylko będzie indywidualną jednostką z własnymi pomysłami i własnym życiem, to człowiek nie będzie umiał się pohamować w 100% i coś tam chlapnie... No nie da się! Widzę to już teraz w relacjach z innymi ludźmi.
No chora bym była, jakbym nie powiedziała swojego zdania. Nawet w stylu, dobra, już się nie wypowiadam, bo szkoda czasu i nerwów. Także wyplenić ze mnie tego dyktatora się chyba nie da. Można go nieco złagodzić, jak ktoś wie jak, ale wyplenić za nic.
Także ten teges dziecko no... No będzie, jeszcze kilka miesięcy i będzie i z tego co się domyślam, da mi nieźle popalić. I tak już będzie zawsze. Pewnie nawet jak się już wyprowadzi ;P
Już pisałam wcześniej, że chciałam mieć dziecko, ale chcenia do posiadania długa droga... Ale ja w sumie nie o tym. Bo moim największy marzeniem było zostać od razu... babcią! Taką z jajem!
Taką nowoczesną babcią Asią, która pomoże w każdej chwili! Taką, z którą będzie można o wszystkim i pogadać i poklikać ;)
A na święta piec pierniczki... i je lukrować... i śpiewać ;)
No ale jakoś ten świat tak jest skonstruowany, że aby móc zostać babcią, trzeba być rodzicem.
No fajnie, fajnie, najpierw ta brudniejsza robota, nim przejdziemy do tej fajniejszej, tak zwanej od czasu do czasu, jak nam ktoś swojego małego berbecia podrzuci...
Zatem długa droga przede mną! Bo to dopiero początek... Jeszcze jakieś 20 i trochę lat, no i jeszcze to małe coś musi znaleźć sobie kogoś, z kim spłodzi kolejne potomstwo, bym ja mogła się realizować w roli babci ;P Hehe, pewnie do tego czasu mi ta rola zbrzydnie ;P
Ciekawe czy mama Asia będzie tak samo fajna jak babcia Asia... Coś czuję, że to będzie dwie kompletnie różne osoby... Zazwyczaj rodzic jest bardziej wymagający niż dziadkowie i tak może być i w tym przypadku.
I chociaż zdaję sobie sprawę, że nie będzie to mała kopia rodziców, która będzie realizować niespełnione sny swoich rodzicieli, tylko będzie indywidualną jednostką z własnymi pomysłami i własnym życiem, to człowiek nie będzie umiał się pohamować w 100% i coś tam chlapnie... No nie da się! Widzę to już teraz w relacjach z innymi ludźmi.
No chora bym była, jakbym nie powiedziała swojego zdania. Nawet w stylu, dobra, już się nie wypowiadam, bo szkoda czasu i nerwów. Także wyplenić ze mnie tego dyktatora się chyba nie da. Można go nieco złagodzić, jak ktoś wie jak, ale wyplenić za nic.
Także ten teges dziecko no... No będzie, jeszcze kilka miesięcy i będzie i z tego co się domyślam, da mi nieźle popalić. I tak już będzie zawsze. Pewnie nawet jak się już wyprowadzi ;P
PS - pewnie taki buntownik mi się szykuje! Hehe ;P
czwartek, 20 sierpnia 2015
Pierdol studia, zostań blogerę
Gdyby nie moja niechęć do sieci na początku jej istnienia w Polsce, pewnie zamiast do szuflady, uzewnętrzniałabym się tutaj całemu światu.
Ale nie - miałam ambicje... Ambicje wyjechania z rodzinnego miasteczka do większego, a że Poznań był zdecydowanie za blisko, trafiło na Łódź. I przyjechałam sobie tu w 2007 roku i tak sobie siedzę.
Na studia się dostałam, to już skoczyłam, no bo nie lubię stosunków przerywanych, więc trzeba było je dokończyć.
Co zabawne, w grupie jakiej byłam, tylko 2 osoby, w tym ja, nie miały wówczas ani komputera ani dostępu do sieci... Jaskiniowce! O tym jak bardzo byłam wstecz, zorientowałam się dopiero na drugim semestrze, kiedy to przychodzę sobie jak to ja spokojnie na zajęcia, a cała grupa zakuwa pod salą. WTF??
No cóż... Okazało się, że mieliśmy jakiegoś wspólnego maila, na który wykładowca wysłał mail z treścią, że na najbliższych zajęciach ma zamiar sprawdzić naszą wiedzę. Naszą wiedzę? Haha a to dobre - jaką wiedzę, jak ja nawet zeszytu nie miałam... No nic, trzeba było przyjść w kolejnym terminie i zaliczyć to dziadostwo.
Jednak wtedy zapaliła mi się lampka... I taki bunt wewnętrzny! Czemu ja muszę mieć komputer z dostępem do sieci, aby wszystko wiedzieć? Przecież ja nie chcę całymi dniami siedzieć przed kompem, po co to komu?
No nic, chcąc nie chcąc, trzeba było znaleźć pracę (nie powiem, fuksło mi się) i w miesiąc na lapka zarobiłam. Wyborem modelu zajął się mój brat, była i jestem zielona jeśli chodzi o sprzęt, jakoś mnie to nie jara. Dla mnie ważne, żeby chodził szybko, miał spoko grafikę i zajebiste głośniki. I taki dostałam ;)
Na początku służył mi jedynie do pracy i do szkoły. Z czasem (długim czasem), net stał się czymś wciągającym. Pojawiły się jakieś portale społecznościowe, komunikatory, GG, Skype, NaszeKlasy i wreszcie Facebook...
Facebook trochę mnie pochłonął...
Następnie YouTube - trafiłam przez przypadek na kilka fajnych kanałów. Chyba zaczęło się od Matura To Bzdura, potem jakoś tak Lisie Piekło, Abstrachuje, Szparagi, Martin, CyberMarian, itp. itd. - było ich caraz więcej, ich kanały coraz kreatywniejsze, że aż sama się zajarałam i spróbowałam swoich sił na YT ;)
Nie powiem, nie spodziewałam się, że jeden z moich filmów wywoła aż taką falę wyświetleń i skrajnych emocji. Nie wszyscy zrozumieli, ale spora część obejrzała. Hejtów cała masa i ok ;) Ale czy to moja bajka? Nie wiem, jakoś brakuje mi dobrego montera chyba i na jakiś czas projekt EA został zawieszony.
W trakcie jarania się youtubem przez przypadek na fejsie wyskoczyła mi jedna blogerka. I nie była to Maff, jakbyście mogli się spodziewać, choć i na nią w końcu trafiłam. Była to Ania - finalistka konkursy Ewy Minge i jednocześnie jej fejsbookowa ambasadorka marki. Zaciekawiło mnie to, weszłam i... i wsiąknęłam. Jej blog odwiedzam regularnie, bo jakby to ona mnie "wciągnęła" w blogowanie. Może to złe określenie. Bardziej zainspirowała mnie do tego i sama zaczęłam, a że miałam doświadczenie, małe bo małe, ale zawsze jakieś już z blogowaniem w pracy, to nie było to aż takie trudne.
Łącznie miałam chyba z 5 blogów.
Aktualnie prowadzę 2 i na tym pozostańmy. Jeden profesjonalny-specjalistyczny, drugi - taki mój po prostu. Żeby się wygadać. W końcu mamy czasy nadmiernego ekshibicjonizmu, kiedy to każdy chce się pokazać - jak nie na fajsie znajomym, to na blogu, vlogu, snapie i innych. Big Brother w pełnej krasie ;)
Ale nie - miałam ambicje... Ambicje wyjechania z rodzinnego miasteczka do większego, a że Poznań był zdecydowanie za blisko, trafiło na Łódź. I przyjechałam sobie tu w 2007 roku i tak sobie siedzę.
Na studia się dostałam, to już skoczyłam, no bo nie lubię stosunków przerywanych, więc trzeba było je dokończyć.
Co zabawne, w grupie jakiej byłam, tylko 2 osoby, w tym ja, nie miały wówczas ani komputera ani dostępu do sieci... Jaskiniowce! O tym jak bardzo byłam wstecz, zorientowałam się dopiero na drugim semestrze, kiedy to przychodzę sobie jak to ja spokojnie na zajęcia, a cała grupa zakuwa pod salą. WTF??
No cóż... Okazało się, że mieliśmy jakiegoś wspólnego maila, na który wykładowca wysłał mail z treścią, że na najbliższych zajęciach ma zamiar sprawdzić naszą wiedzę. Naszą wiedzę? Haha a to dobre - jaką wiedzę, jak ja nawet zeszytu nie miałam... No nic, trzeba było przyjść w kolejnym terminie i zaliczyć to dziadostwo.
Jednak wtedy zapaliła mi się lampka... I taki bunt wewnętrzny! Czemu ja muszę mieć komputer z dostępem do sieci, aby wszystko wiedzieć? Przecież ja nie chcę całymi dniami siedzieć przed kompem, po co to komu?
No nic, chcąc nie chcąc, trzeba było znaleźć pracę (nie powiem, fuksło mi się) i w miesiąc na lapka zarobiłam. Wyborem modelu zajął się mój brat, była i jestem zielona jeśli chodzi o sprzęt, jakoś mnie to nie jara. Dla mnie ważne, żeby chodził szybko, miał spoko grafikę i zajebiste głośniki. I taki dostałam ;)
Na początku służył mi jedynie do pracy i do szkoły. Z czasem (długim czasem), net stał się czymś wciągającym. Pojawiły się jakieś portale społecznościowe, komunikatory, GG, Skype, NaszeKlasy i wreszcie Facebook...
Facebook trochę mnie pochłonął...
Następnie YouTube - trafiłam przez przypadek na kilka fajnych kanałów. Chyba zaczęło się od Matura To Bzdura, potem jakoś tak Lisie Piekło, Abstrachuje, Szparagi, Martin, CyberMarian, itp. itd. - było ich caraz więcej, ich kanały coraz kreatywniejsze, że aż sama się zajarałam i spróbowałam swoich sił na YT ;)
Nie powiem, nie spodziewałam się, że jeden z moich filmów wywoła aż taką falę wyświetleń i skrajnych emocji. Nie wszyscy zrozumieli, ale spora część obejrzała. Hejtów cała masa i ok ;) Ale czy to moja bajka? Nie wiem, jakoś brakuje mi dobrego montera chyba i na jakiś czas projekt EA został zawieszony.
W trakcie jarania się youtubem przez przypadek na fejsie wyskoczyła mi jedna blogerka. I nie była to Maff, jakbyście mogli się spodziewać, choć i na nią w końcu trafiłam. Była to Ania - finalistka konkursy Ewy Minge i jednocześnie jej fejsbookowa ambasadorka marki. Zaciekawiło mnie to, weszłam i... i wsiąknęłam. Jej blog odwiedzam regularnie, bo jakby to ona mnie "wciągnęła" w blogowanie. Może to złe określenie. Bardziej zainspirowała mnie do tego i sama zaczęłam, a że miałam doświadczenie, małe bo małe, ale zawsze jakieś już z blogowaniem w pracy, to nie było to aż takie trudne.
Łącznie miałam chyba z 5 blogów.
Aktualnie prowadzę 2 i na tym pozostańmy. Jeden profesjonalny-specjalistyczny, drugi - taki mój po prostu. Żeby się wygadać. W końcu mamy czasy nadmiernego ekshibicjonizmu, kiedy to każdy chce się pokazać - jak nie na fajsie znajomym, to na blogu, vlogu, snapie i innych. Big Brother w pełnej krasie ;)
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Uwierz w ducha
Ja, bardzo racjonalnie i przyziemnie myślący człowiek, który ma na co dzień tyle spraw na głowie, że nigdy by nie pomyślał o jakiś tam kolokwialnie rzecz ujmując duchach... nagle doświadcza czegoś, co zazwyczaj widzi na ekranie w kinie czy w domu...
Lubię horrory. Chociaż bardziej lubiłam je przed ciążą. Obecnie jakoś takie dodatkowe dawki strachu mi nie służą. No ale horror to horror - fikcja ekranowa. Czasem słyszało się o jakiś rzeziach, zabójstwach, itp., ale zawsze gdzieś. No i zawsze to tylko jakiś fragment wiadomości, które fizycznie nas nie dotyczą.
O jakiś tam opętaniach czy nawiedzeniach też jest masa książek, filmów i legend, ale szczerze - kto obecnie ma czas i chęć nakręcać się na jakieś duchy? No nie ma czasu, dziś jest ciągły wyścig szczurów, wieczny pościg za króliczkiem.
Skoro więc tak, to po co ja tu marnuję swój i Wasz czas na jakieś duchy?
Z końcem czerwca kończyła się nam umowa na mieszkanie i siłą rzeczy szukaliśmy kolejnego. Niby mogliśmy ją przedłużyć, ale mieszkanie w dwie osoby w kawalerce, gdzie brakuje mebli, na dłuższą metę wkurwia. A że jeszcze się okazało, że mamy trzeciego człowieka w drodze, to motywacja do znalezienia czegoś co ma przy najmniej 2 pokoje wzrosła.
I my znaleźliśmy mieszkanko na Dąbrowie, trzy pokoje, za niecałe 200 zł więcej niż wówczas płaciliśmy. Okazja! Wiecie, rewelacji nie było, ale mieliśmy pomysł, jak łazienkę i duży pokój nieco pod nas przerobić, więc nie wahaliśmy się długo i trochę w ciemno braliśmy (zgodziliśmy się nim fizycznie obejrzeliśmy mieszkanie). Potem pojechaliśmy je obejrzeć, i jak mówię, mimo braku paru rzeczy, metraż do nas przemawiał. Dodatkowo właścicielce nie przeszkadzał fakt, że spodziewamy się dziecka. Raczej wręcz zachwalała okolice i sąsiadów powtarzając w kółko to samo, że tu są tak mili sąsiedzi, że można im nawet dziecko zostawić i oni się nim z chęcią zaopiekują.
Co było dla mnie dziwne tego dnia to fakt, że czekając na właścicielkę pod klatką, nagle wyszła z "naszej" klatki starowinka, która od razu zlustrowała mnie z góry na dół i słodko uśmiechając się, przywitała się ze mną, pomijając Łukasza zupełnie. Aż było mi głupio, że to ja nie powiedziałam jej "dzień dobry" pierwsza. Ale mimo to było to bardzo uprzejme z jej strony. Następnie skierowała się w kierunku ławeczki, aby karmić jednego i tego samego gołębia, który nie miał jednej nogi.
O tym spotkaniu zapomniałam dość szybko... W końcu jeszcze tyle rzeczy było do zrobienia.
29 czerwca zaczęliśmy przewozić rzeczy. 30 skończyliśmy. Kiedy tak lataliśmy z auta do mieszkania i z mieszkania do auta po kolejne rzeczy, ni stad ni zowąd poczułam takie dziwne coś. Nie wiem co dokładnie. I nie chodzi tu nawet specjalnie o taki typowy chłód, to było coś jakby taka nieswojość, jakaś obecność. Takie uczucie, kiedy odkładałam kolejny karton na podłogę, które jakby kazało tego pudła wcale tam nie kłaść. Głupie, co nie? Zwłaszcza, że od tego momentu prześladowała mnie myśl, że jak zostanę w tym mieszkaniu, to umrę... To było chore!
Cholernie dziwne uczucie, ale nic nie mówiłam. Otrząsałam się i poleciałam po kolejne rzeczy. Bo my tak na zmianę je nosiliśmy. Wtedy tak wnosząc te pudła znów natknęłam się na tą samą starszą Panią, która z uśmiechem otworzyła mi drzwi do klatki i zapraszającym gestem wpuściła do środka. Uśmiechnęłam się i podziękowałam najładniej jak umiem oraz ruszyłam na górę. Co ciekawe, myślałam że przytrzyma drzwi Łukaszowi, ale ona je przed nim... zamknęła! Dziwne... Ale pomyślałam wtedy, że może jej się spieszyło i tak jakoś wyszło...
Kiedy już skończyliśmy, zaczęliśmy się rozglądać po mieszkaniu. Na ścianie jednego z pokoi zauważyliśmy jednego robaka. Takie małe coś. Na początku myśleliśmy, że może wlazł sobie z zewnątrz. Oczywiście kapciem go i po sprawie, a potem pojechaliśmy jeszcze w kilka miejsc.
Wracamy, a w tym samym pokoju przywitały nas jeszcze 3 robaczki. Git! Od razu sprawdziliśmy co to może być - wyglądało niby na kleszcze. Od razu zadzwoniliśmy do właścicielki, która powiedziała, ze to niemożliwe. Tak czy siak po zamordowaniu ich, Łukasz wziął się za lodówkę, którą trzeba było umyć. Dacie wiarę, że to co znaleźliśmy w zamrażalce zmroziło nas???
Larwy much! Ohyda! Jak żyję, w życiu nie widziałam tylu larw much na żywo! W filmach - ale i owszem. Słabo nam się zrobiło, ale Łukasz dzielnie z tym walczył.
Nie powiem, po tych 2 dniach nie byliśmy wcale rozpakowani, chodziliśmy spać grubo po północy i wstawaliśmy ok 5 rano i czym prędzej opuszczaliśmy ten dom. Nie wiem czemu. Jakoś żadne z nas się nie kwapiło, aby zacząć tam mieszkać normalnie. Wszystko jak stało, tak stało. A jak na złość robaczków przybywało... Zaczęliśmy bardziej buszować po necie i to jednak nie były kleszcze, tylko pluskwy. Ble! Od razu powiedzieliśmy o tym właścicielce, która niestety nas wyśmiała. Byliśmy zmuszeni opuścić to mieszkanie czym prędzej. Nie było to takie łatwe. Najpierw musieliśmy coś znaleźć. Dodatkowo owa starsza Pani, zawsze kiedy szłam do kuchni, siadała na tej samej ławeczce i dalej karmiła swojego gołębia. Okno w kuchni było skierowane wprost na ławkę, ale mieściło się na pierwszym piętrze. Raz widziałam, jak patrzy w nie i odruchowo się uśmiechnęłam, a ona... odwzajemniła uśmiech!!! Widziała mnie? Zza firanki, na pierwszym piętrze? Brrr... Dziwne.
W końcu podjęliśmy decyzję, że jeśli nie chcemy się wykończyć psychicznie, musimy się wyprowadzić już, w tej chwili! Tymczasowo poprosiliśmy rodziców o pomoc. Na szczęście zgodzili się.
Dzień przeprowadzki był najcudowniejszym dniem. W końcu po tygodniu niewyspania, mogliśmy się normalnie wyspać! U rodziców mieszkaliśmy prawie 2 tygodnie, nim znaleźliśmy obecne, przytulne mieszkanko.
Wtedy do tematu poprzedniego mieszkania wrócił Łukasz. Zaskoczył mnie, tym co powiedział, a powiem Wam, że on chyba jest jeszcze bardziej twardo stąpającym człowiekiem niż ja.
Zapytał czy czułam coś dziwnego w tamtym mieszkaniu, bo nie chciał mnie wcześniej straszyć. Śmieszne, ale ja też nie mówiłam mu o swoich odczuciach, żeby jego nie straszyć.
Powiedział, że na noc przed wyprowadzką, kiedy czekał aż się umyję, poczuł po raz kolejny chłód. Gęsia skórka przebiegła mu po plecach, więc postanowił coś porobić, by nie czuć się obserwowanym, intruzem w domu. Zaczął zmywać naczynia. A raczej nim zbliżył się do zlewu stanął jak wryty! W zlewie stał kubek z łyżeczką, która nagle na jego oczach przekręciła się z góry na dół... Wykonała ruch w kubku o 180 stopni, czego nie mogłaby zrobić sama bez użycia ręki!
Przeraził się nie na żarty i wtem powiedział na głos, że nas już jutro tu nie będzie, więc chcemy mieć ostatnią spokojną noc. Nic więcej już się nie wydarzyło, choć robaczki już grasowały po kolejnym pokoju, na szczęście wciąż omijając sypialnię.
Ja sama jak pakowałam resztę rzeczy, tzn. musieliśmy sprawdzić spakowane rzeczy jeszcze raz, żeby nie brać na gapę niechcianych lokatorów, znalazłam ćmę gigant! Ale taki gigant, że o mało zawału nie dostałam! Tego robactwa było coraz więcej!
Zapytał mnie też, czy widziałam jak owa starsza Pani gładko i z uśmiechem śmiga sobie po klatce schodowej oraz jakie ma poważanie na osiedlu wśród ludzi obu płci i w różnym wieku? Nie, nie widziałam, nie mieściło mi się to w głowie, choć sama opowiedziałam mu o incydencie w kuchni... Sam przyznał, że to wszystko jest dziwne i ze nigdy wcześniej nie miał czegoś takiego.
Byliśmy przerażeni i osłabieni. I szczęśliwi, że jesteśmy już tak daleko. Mam nadzieję, że mieliśmy jakieś zbiorowe halucynacje albo się nam to przyśniło, bo powiem szczerze - fajnie jest się bać, oglądając film czy czytając książkę, ale przeżywając coś takiego na własnej skórze?
Nigdy więcej!
Lubię horrory. Chociaż bardziej lubiłam je przed ciążą. Obecnie jakoś takie dodatkowe dawki strachu mi nie służą. No ale horror to horror - fikcja ekranowa. Czasem słyszało się o jakiś rzeziach, zabójstwach, itp., ale zawsze gdzieś. No i zawsze to tylko jakiś fragment wiadomości, które fizycznie nas nie dotyczą.
O jakiś tam opętaniach czy nawiedzeniach też jest masa książek, filmów i legend, ale szczerze - kto obecnie ma czas i chęć nakręcać się na jakieś duchy? No nie ma czasu, dziś jest ciągły wyścig szczurów, wieczny pościg za króliczkiem.
Skoro więc tak, to po co ja tu marnuję swój i Wasz czas na jakieś duchy?
Z końcem czerwca kończyła się nam umowa na mieszkanie i siłą rzeczy szukaliśmy kolejnego. Niby mogliśmy ją przedłużyć, ale mieszkanie w dwie osoby w kawalerce, gdzie brakuje mebli, na dłuższą metę wkurwia. A że jeszcze się okazało, że mamy trzeciego człowieka w drodze, to motywacja do znalezienia czegoś co ma przy najmniej 2 pokoje wzrosła.
I my znaleźliśmy mieszkanko na Dąbrowie, trzy pokoje, za niecałe 200 zł więcej niż wówczas płaciliśmy. Okazja! Wiecie, rewelacji nie było, ale mieliśmy pomysł, jak łazienkę i duży pokój nieco pod nas przerobić, więc nie wahaliśmy się długo i trochę w ciemno braliśmy (zgodziliśmy się nim fizycznie obejrzeliśmy mieszkanie). Potem pojechaliśmy je obejrzeć, i jak mówię, mimo braku paru rzeczy, metraż do nas przemawiał. Dodatkowo właścicielce nie przeszkadzał fakt, że spodziewamy się dziecka. Raczej wręcz zachwalała okolice i sąsiadów powtarzając w kółko to samo, że tu są tak mili sąsiedzi, że można im nawet dziecko zostawić i oni się nim z chęcią zaopiekują.
Co było dla mnie dziwne tego dnia to fakt, że czekając na właścicielkę pod klatką, nagle wyszła z "naszej" klatki starowinka, która od razu zlustrowała mnie z góry na dół i słodko uśmiechając się, przywitała się ze mną, pomijając Łukasza zupełnie. Aż było mi głupio, że to ja nie powiedziałam jej "dzień dobry" pierwsza. Ale mimo to było to bardzo uprzejme z jej strony. Następnie skierowała się w kierunku ławeczki, aby karmić jednego i tego samego gołębia, który nie miał jednej nogi.
O tym spotkaniu zapomniałam dość szybko... W końcu jeszcze tyle rzeczy było do zrobienia.
29 czerwca zaczęliśmy przewozić rzeczy. 30 skończyliśmy. Kiedy tak lataliśmy z auta do mieszkania i z mieszkania do auta po kolejne rzeczy, ni stad ni zowąd poczułam takie dziwne coś. Nie wiem co dokładnie. I nie chodzi tu nawet specjalnie o taki typowy chłód, to było coś jakby taka nieswojość, jakaś obecność. Takie uczucie, kiedy odkładałam kolejny karton na podłogę, które jakby kazało tego pudła wcale tam nie kłaść. Głupie, co nie? Zwłaszcza, że od tego momentu prześladowała mnie myśl, że jak zostanę w tym mieszkaniu, to umrę... To było chore!
Cholernie dziwne uczucie, ale nic nie mówiłam. Otrząsałam się i poleciałam po kolejne rzeczy. Bo my tak na zmianę je nosiliśmy. Wtedy tak wnosząc te pudła znów natknęłam się na tą samą starszą Panią, która z uśmiechem otworzyła mi drzwi do klatki i zapraszającym gestem wpuściła do środka. Uśmiechnęłam się i podziękowałam najładniej jak umiem oraz ruszyłam na górę. Co ciekawe, myślałam że przytrzyma drzwi Łukaszowi, ale ona je przed nim... zamknęła! Dziwne... Ale pomyślałam wtedy, że może jej się spieszyło i tak jakoś wyszło...
Kiedy już skończyliśmy, zaczęliśmy się rozglądać po mieszkaniu. Na ścianie jednego z pokoi zauważyliśmy jednego robaka. Takie małe coś. Na początku myśleliśmy, że może wlazł sobie z zewnątrz. Oczywiście kapciem go i po sprawie, a potem pojechaliśmy jeszcze w kilka miejsc.
Wracamy, a w tym samym pokoju przywitały nas jeszcze 3 robaczki. Git! Od razu sprawdziliśmy co to może być - wyglądało niby na kleszcze. Od razu zadzwoniliśmy do właścicielki, która powiedziała, ze to niemożliwe. Tak czy siak po zamordowaniu ich, Łukasz wziął się za lodówkę, którą trzeba było umyć. Dacie wiarę, że to co znaleźliśmy w zamrażalce zmroziło nas???
Larwy much! Ohyda! Jak żyję, w życiu nie widziałam tylu larw much na żywo! W filmach - ale i owszem. Słabo nam się zrobiło, ale Łukasz dzielnie z tym walczył.
Nie powiem, po tych 2 dniach nie byliśmy wcale rozpakowani, chodziliśmy spać grubo po północy i wstawaliśmy ok 5 rano i czym prędzej opuszczaliśmy ten dom. Nie wiem czemu. Jakoś żadne z nas się nie kwapiło, aby zacząć tam mieszkać normalnie. Wszystko jak stało, tak stało. A jak na złość robaczków przybywało... Zaczęliśmy bardziej buszować po necie i to jednak nie były kleszcze, tylko pluskwy. Ble! Od razu powiedzieliśmy o tym właścicielce, która niestety nas wyśmiała. Byliśmy zmuszeni opuścić to mieszkanie czym prędzej. Nie było to takie łatwe. Najpierw musieliśmy coś znaleźć. Dodatkowo owa starsza Pani, zawsze kiedy szłam do kuchni, siadała na tej samej ławeczce i dalej karmiła swojego gołębia. Okno w kuchni było skierowane wprost na ławkę, ale mieściło się na pierwszym piętrze. Raz widziałam, jak patrzy w nie i odruchowo się uśmiechnęłam, a ona... odwzajemniła uśmiech!!! Widziała mnie? Zza firanki, na pierwszym piętrze? Brrr... Dziwne.
W końcu podjęliśmy decyzję, że jeśli nie chcemy się wykończyć psychicznie, musimy się wyprowadzić już, w tej chwili! Tymczasowo poprosiliśmy rodziców o pomoc. Na szczęście zgodzili się.
Dzień przeprowadzki był najcudowniejszym dniem. W końcu po tygodniu niewyspania, mogliśmy się normalnie wyspać! U rodziców mieszkaliśmy prawie 2 tygodnie, nim znaleźliśmy obecne, przytulne mieszkanko.
Wtedy do tematu poprzedniego mieszkania wrócił Łukasz. Zaskoczył mnie, tym co powiedział, a powiem Wam, że on chyba jest jeszcze bardziej twardo stąpającym człowiekiem niż ja.
Zapytał czy czułam coś dziwnego w tamtym mieszkaniu, bo nie chciał mnie wcześniej straszyć. Śmieszne, ale ja też nie mówiłam mu o swoich odczuciach, żeby jego nie straszyć.
Powiedział, że na noc przed wyprowadzką, kiedy czekał aż się umyję, poczuł po raz kolejny chłód. Gęsia skórka przebiegła mu po plecach, więc postanowił coś porobić, by nie czuć się obserwowanym, intruzem w domu. Zaczął zmywać naczynia. A raczej nim zbliżył się do zlewu stanął jak wryty! W zlewie stał kubek z łyżeczką, która nagle na jego oczach przekręciła się z góry na dół... Wykonała ruch w kubku o 180 stopni, czego nie mogłaby zrobić sama bez użycia ręki!
Przeraził się nie na żarty i wtem powiedział na głos, że nas już jutro tu nie będzie, więc chcemy mieć ostatnią spokojną noc. Nic więcej już się nie wydarzyło, choć robaczki już grasowały po kolejnym pokoju, na szczęście wciąż omijając sypialnię.
Ja sama jak pakowałam resztę rzeczy, tzn. musieliśmy sprawdzić spakowane rzeczy jeszcze raz, żeby nie brać na gapę niechcianych lokatorów, znalazłam ćmę gigant! Ale taki gigant, że o mało zawału nie dostałam! Tego robactwa było coraz więcej!
Zapytał mnie też, czy widziałam jak owa starsza Pani gładko i z uśmiechem śmiga sobie po klatce schodowej oraz jakie ma poważanie na osiedlu wśród ludzi obu płci i w różnym wieku? Nie, nie widziałam, nie mieściło mi się to w głowie, choć sama opowiedziałam mu o incydencie w kuchni... Sam przyznał, że to wszystko jest dziwne i ze nigdy wcześniej nie miał czegoś takiego.
Byliśmy przerażeni i osłabieni. I szczęśliwi, że jesteśmy już tak daleko. Mam nadzieję, że mieliśmy jakieś zbiorowe halucynacje albo się nam to przyśniło, bo powiem szczerze - fajnie jest się bać, oglądając film czy czytając książkę, ale przeżywając coś takiego na własnej skórze?
Nigdy więcej!
piątek, 14 sierpnia 2015
ABS w ciąży
Jak ciążowa kulka ma czuć się sexi z brzuchem rosnącym nieustannie??? Nie jest lekko. Oczywiście możemy udawać, że z brzuchem czy bez jest się sexi, no ale sorry, mi gdzieś ten sexapeal się chyba nieco schował.
Jakoś tak nie przywykłam do tego, aby mi brzuch wystawał. Powiem szczerze, że w tym czasie zaczynam rozumieć osoby z nadwagą. Serio! Kurde, wcale nie tak łatwo jest się schylić, pobiec gdzieś, o skakaniu nawet mowy nie ma (nie jest to po prostu wskazane).
No to co? Czy to oznacza, że będąc w ciąży muszę zrezygnować z aktywności fizycznej?????
MASAKRA!
Wiecie, zanim zorientowałam się, że w ogóle coś tam pod sercem noszę, trenowałam sobie ile wlezie, a to Chodakowską, a to P90X, a to inne modyfikacje. Ale któregoś razu nie mogłam skończyć ćwiczeń z powodu masakrycznej kolki i bólu brzucha. Ok, no trudno myślę sobie, jutro potrenuję dłużej. Nadchodzi jutro i kolejne jutro i jutro jutra, a sytuacja się powtarza.
Co jest kurde??? Taki regres przy progresie? Niemożliwe.
No cóż, doszła senność, doszedł dziwny głód, taki, że jak nie zjem, to aż mnie mdli. Zresztą jak zjadłam, też mnie mdliło. Więc w sumie bez różnicy. Ja i ciąża? Nie... To musi być jakieś osłabienie organizmu. Na pewno osłabienie. No bo jak inaczej... A że ukochane jeansy zaczęły trochę uwierać... Eee no cóż, chyba za dużo jem, za dużo śpię i za mało się ruszam...
Tsa... No dobra, trzeba odwiedzić lekarza, zrobić jakieś badania może... Tak... badania... A z badań wychodzi co? Dziecko!
I mamy winowajcę! No proszę, takie to małe, a taki zamęt sieje już w całym organizmie matki! Ładnie to tak?
No cóż... Stało się, ale co z ćwiczeniami? Koniec? Laba na 9 miesięcy? Chyba jakiś żart! Zaczęłam czytać, zaczęłam oglądać. YouTube'a oczywiście, przecież jak nie wujek Google, to stryjek YouTube na pewno coś wie. No i wie! No i można ćwiczyć!
Ufff... Dobra, fajnie że można, tylko jak pokonać to zmęczenie, żeby móc potrenować? Powiem szczerze, pierwszy trymestr był do dupy pod tym względem. Część czasu nie mogłam ćwiczyć, bo bolało w ciul, potem mdłości takie długie niczym Wisła, a na deser senność niedźwiedzia w zimie! No załamać się można. No i się załamałam... Trochę w wolne weekendy potrenowałam, bo odkryłam że jak nie siedzę 8 godzin w pracy, to trochę tej energii wykrzesać z siebie mogę.
Na szczęście książkowo od 4 miesiąca mogłam wrócić na regularne treningi ;) Wiecie jaka to ulga móc się trochę poruszać? Myślałam już, że kręgosłup z bezruchu mi pęknie.
No dobra tytuł dotyczy ABS w ciąży. Powiem tak, lubię wysportowane i szczupłe ciało. Kocham treningi. Ale nie popadłam (jeszcze) ze skrajności w skrajność. Nie przedkładam treningu nad samopoczucie. Jeśli mam gorszy dzień, jakieś boleści, daruję sobie lub ćwiczę lekko i krótko. Jeśli mam dobry dzień, tak ok 1,5-2 godzin sobie potrenuję, bo czemu niby nie. Nie jest to jakiś mega siły trening z gigantycznymi ciężarami, ale powiem Wam, że jeśli byłyście aktywne przed ciążą, staracie się być aktywne w czasie ciąży - to Wasza figura aż tak się nie zmieni. Ja dalej mam zarys mięśni na brzuchu (na szczęście), więc liczę na to, że powrót do figury z przed ciąży nie będzie jakimś mega wielkim wysiłkiem.
No ale zobaczymy. Nie uprzedzajmy faktów.
Ja ze swojej strony polecam Wam ruch dla lepszego samopoczucia i większej sprawności w czasie ciąży ;)
Jakoś tak nie przywykłam do tego, aby mi brzuch wystawał. Powiem szczerze, że w tym czasie zaczynam rozumieć osoby z nadwagą. Serio! Kurde, wcale nie tak łatwo jest się schylić, pobiec gdzieś, o skakaniu nawet mowy nie ma (nie jest to po prostu wskazane).
No to co? Czy to oznacza, że będąc w ciąży muszę zrezygnować z aktywności fizycznej?????
MASAKRA!
Wiecie, zanim zorientowałam się, że w ogóle coś tam pod sercem noszę, trenowałam sobie ile wlezie, a to Chodakowską, a to P90X, a to inne modyfikacje. Ale któregoś razu nie mogłam skończyć ćwiczeń z powodu masakrycznej kolki i bólu brzucha. Ok, no trudno myślę sobie, jutro potrenuję dłużej. Nadchodzi jutro i kolejne jutro i jutro jutra, a sytuacja się powtarza.
Co jest kurde??? Taki regres przy progresie? Niemożliwe.
No cóż, doszła senność, doszedł dziwny głód, taki, że jak nie zjem, to aż mnie mdli. Zresztą jak zjadłam, też mnie mdliło. Więc w sumie bez różnicy. Ja i ciąża? Nie... To musi być jakieś osłabienie organizmu. Na pewno osłabienie. No bo jak inaczej... A że ukochane jeansy zaczęły trochę uwierać... Eee no cóż, chyba za dużo jem, za dużo śpię i za mało się ruszam...
Tsa... No dobra, trzeba odwiedzić lekarza, zrobić jakieś badania może... Tak... badania... A z badań wychodzi co? Dziecko!
I mamy winowajcę! No proszę, takie to małe, a taki zamęt sieje już w całym organizmie matki! Ładnie to tak?
No cóż... Stało się, ale co z ćwiczeniami? Koniec? Laba na 9 miesięcy? Chyba jakiś żart! Zaczęłam czytać, zaczęłam oglądać. YouTube'a oczywiście, przecież jak nie wujek Google, to stryjek YouTube na pewno coś wie. No i wie! No i można ćwiczyć!
Ufff... Dobra, fajnie że można, tylko jak pokonać to zmęczenie, żeby móc potrenować? Powiem szczerze, pierwszy trymestr był do dupy pod tym względem. Część czasu nie mogłam ćwiczyć, bo bolało w ciul, potem mdłości takie długie niczym Wisła, a na deser senność niedźwiedzia w zimie! No załamać się można. No i się załamałam... Trochę w wolne weekendy potrenowałam, bo odkryłam że jak nie siedzę 8 godzin w pracy, to trochę tej energii wykrzesać z siebie mogę.
Na szczęście książkowo od 4 miesiąca mogłam wrócić na regularne treningi ;) Wiecie jaka to ulga móc się trochę poruszać? Myślałam już, że kręgosłup z bezruchu mi pęknie.
No dobra tytuł dotyczy ABS w ciąży. Powiem tak, lubię wysportowane i szczupłe ciało. Kocham treningi. Ale nie popadłam (jeszcze) ze skrajności w skrajność. Nie przedkładam treningu nad samopoczucie. Jeśli mam gorszy dzień, jakieś boleści, daruję sobie lub ćwiczę lekko i krótko. Jeśli mam dobry dzień, tak ok 1,5-2 godzin sobie potrenuję, bo czemu niby nie. Nie jest to jakiś mega siły trening z gigantycznymi ciężarami, ale powiem Wam, że jeśli byłyście aktywne przed ciążą, staracie się być aktywne w czasie ciąży - to Wasza figura aż tak się nie zmieni. Ja dalej mam zarys mięśni na brzuchu (na szczęście), więc liczę na to, że powrót do figury z przed ciąży nie będzie jakimś mega wielkim wysiłkiem.
No ale zobaczymy. Nie uprzedzajmy faktów.
Ja ze swojej strony polecam Wam ruch dla lepszego samopoczucia i większej sprawności w czasie ciąży ;)
wtorek, 11 sierpnia 2015
18 tydzień ciąży i wizyta w szpitalu
Jeeeeejjjj!!!
Jak dobrze być już w domu... Zresztą nim usiadłam do komputera po szpitalu i zaczęłam pisać ten post minęły 3 dni... Tak, trochę to trwa nim się człowiek ogarnie po szpitalnych ekscesach...
A co ja takiego ciekawego robiłam w tym szpitalu i czemu tam trafiłam, skoro do porodu jeszcze tyle czasu???
Przeczytajcie sami.
W nocy z 02 na 03 sierpnia obudził mnie straszny ból brzucha po prawej stronie. Do tego mdłości i zdrętwiała noga... Od razu czarny scenariusz: WYROSTEK!!! I TO W CIĄŻY!!!
Ogarnęłam się, doczłapałam do łazienki z nadzieją, że może po prostu muszę do wc i zaraz mi przejdzie. W końcu przy tych upałach się tyle pije, więc może mi coś uciska... Ale nie... Wracam i nie mogę się już położyć. Co jest? Nagle budzi się Łukasz i pyta co jest. Mówię, że nie wiem, ale widzę to czarno. Od razu się podniósł i wykręcił nr do szpitala. Powiedział co i jak i mieliśmy się zbierać na izbę przyjęć...
Od razu miałam przeczucie, że nie będzie to tylko badanie i do domu, więc wzięłam szczoteczkę do zębów, piżamę, ręcznik i pojechałam.
Nie pomyliłam się. Jednak na początku nim łaskawie Cię ktoś przebada, musisz przejść przez papierologię. I hus, że Cię boli, że prawie mdlejesz - nie ważne. Ważny jest papier, a nawet kilka papierów...
Dobra, w końcu idę na badanie. Najpierw jeszcze "rzetelny" wywiad z osobą zwijającą się z bólu w środku nocy... Dobre sobie. Przecież ja nawet nie wiem ile ważę!!! Walnęłam liczbę, zapisała i już. Chociaż waga była obok... Ale nie ważne...
W końcu czas na miłą wizytę z chirurgiem. Popatrzył, pogadał, przebadał i wysłał na 3 piętro - oddział perinatologii i ginekologii z diagnozą: CIĄŻA ZAGROŻONA.
Tam oczywiście zjeb od położnej, że jak brzuch boli, to się jedzie do lekarza lub szpitala od razu, a nie po trzech dniach od pierwszych boleści. I hus, że od swojego lekarza najpierw słyszysz, że Twój brzuch wygląda dziwnie, ale żadnego skierowania nie dostajesz. I oczywiście hus, że jak jesteś na usg u innego lekarza i mówisz mu, że Cię coś boli, to on wysyła Cię do Twojego prowadzącego lekarza (chociaż ja tam żadnej więzi nie czuję!), mimo że ten jest na urlopie!!!
Nie, to wszystko nie ważne. Ważna jest oburzona położna, która mimo że na odległość widać 1 dużą żyłę, w którą można się ładnie wbić i pobrać te 4 fiolki krwi na badanie, to ona się wbija gdzieś obok, zapalając niekontrolowane świeczki w oczach, po czym nic nie leci. I jeszcze się dziwi, że nic nie leci. Ogląda drugą, na której też nie ma żył widocznych, ale co tam - też się wkuje! A niech ma! I dalej nic nie leci! Rany - jakież to było niespodziewane... Już chce wbijać się w nadgarstek albo w dłoń, ale na szczęście przekazuje "pałeczkę" innej, bardziej ogarniętej, która od razu widzi tą pierwszą, wyraźną na metr żyłę i upuszcza krew...Koniec męki.
Ja już mam dość. Rany!!! Ludzie! Jest zagrożenie! Jest podejrzenie! A oni rozkładają Ci badania na minimum 3 dni, żeby dostać kasę z NFZ i hus, że w tym czasie możesz wykitować!!!
Dobra, potem mocz i na drugi dzień usg...
USG - badanie, podczas którego lekarz jest zainteresowany wysyłaniem smsów lub przeglądaniem facebooka... A jak już musi Ci zrobić badanie, to z fochem. Potem za karę, że śmiesz mu przerywać pisanie smsów jeździ Ci po brzuchu z konkretnym uciskiem, aby oczy nieco wyszły na wierzch. Tłumaczy, że płód jest dziwnie ułożony i musi go w ten sposób zmusić do zmiany pozycji.
Moje nienarodzone dziecko głupie nie jest i strzeliło focha, co jest dla mnie zrozumiałe i pokazało nam tyłek.
Na końcu stwierdził, że badanie trzeba powtórzyć, bo nic nie widać i najprawdopodobniej są jakieś problemy z sercem...
Badanie miało być w środę, ale badania nie było, bo ponowne badanie musi wykonać specjalista, który będzie w czwartek. Dzięki! Liczyłam na to, że wyjdę w czwartek i się przeliczyłam...
Na szczęście z ręką na sercu mogę powiedzieć, że badanie rzeczywiście przeprowadziła specjalistka, która nie tylko mnie uspokoiła, że z serduszkiem dzidzi wszystko jest ok, ale i z całym dzieckiem jest bardzo dobrze!
I nawet określiła płeć!!! ;)
Wszystko rzetelnie omówiła, z uśmiechem od początku do samego końca! Pierwszy raz od początku ciąży ktoś był nie tylko specjalistą, ale i pokornym specjalistą, który pracuje z powołania, a nie z przymusu, tylko dla kasy!
W piątek na szczęście wyszłam. Oczywiście, żeby tradycji stało się za dość, w związku z tym, że przebywam na zwolnieniu do wczoraj, cudowna Pani doktor oznajmiła, że mi zwolnienia nie wypisze. Hmm ciekawe, bo wg. ZUS zwolnienia mogą na siebie nachodzić i nie ma żadnego problemu. jednak ta Pani doktor miała swoje zdanie na ten temat - wg. niektórym się może nakładać, innym nie może... To bardzo ciekawe. Dlatego też dziś muszę naginać w tych cudownych upałach, z niezłą już kulką na brzuchu i pięknie spuchniętymi nogami i rękami do ginekologa wraz z wypisem ze szpitala...
Jakie jeszcze kwiatki mogą Was spotkać?
No takie fajne szpitale mamy w Polsce ;)
Jak dobrze być już w domu... Zresztą nim usiadłam do komputera po szpitalu i zaczęłam pisać ten post minęły 3 dni... Tak, trochę to trwa nim się człowiek ogarnie po szpitalnych ekscesach...
A co ja takiego ciekawego robiłam w tym szpitalu i czemu tam trafiłam, skoro do porodu jeszcze tyle czasu???
Przeczytajcie sami.
W nocy z 02 na 03 sierpnia obudził mnie straszny ból brzucha po prawej stronie. Do tego mdłości i zdrętwiała noga... Od razu czarny scenariusz: WYROSTEK!!! I TO W CIĄŻY!!!
Ogarnęłam się, doczłapałam do łazienki z nadzieją, że może po prostu muszę do wc i zaraz mi przejdzie. W końcu przy tych upałach się tyle pije, więc może mi coś uciska... Ale nie... Wracam i nie mogę się już położyć. Co jest? Nagle budzi się Łukasz i pyta co jest. Mówię, że nie wiem, ale widzę to czarno. Od razu się podniósł i wykręcił nr do szpitala. Powiedział co i jak i mieliśmy się zbierać na izbę przyjęć...
Od razu miałam przeczucie, że nie będzie to tylko badanie i do domu, więc wzięłam szczoteczkę do zębów, piżamę, ręcznik i pojechałam.
Nie pomyliłam się. Jednak na początku nim łaskawie Cię ktoś przebada, musisz przejść przez papierologię. I hus, że Cię boli, że prawie mdlejesz - nie ważne. Ważny jest papier, a nawet kilka papierów...
Dobra, w końcu idę na badanie. Najpierw jeszcze "rzetelny" wywiad z osobą zwijającą się z bólu w środku nocy... Dobre sobie. Przecież ja nawet nie wiem ile ważę!!! Walnęłam liczbę, zapisała i już. Chociaż waga była obok... Ale nie ważne...
W końcu czas na miłą wizytę z chirurgiem. Popatrzył, pogadał, przebadał i wysłał na 3 piętro - oddział perinatologii i ginekologii z diagnozą: CIĄŻA ZAGROŻONA.
Tam oczywiście zjeb od położnej, że jak brzuch boli, to się jedzie do lekarza lub szpitala od razu, a nie po trzech dniach od pierwszych boleści. I hus, że od swojego lekarza najpierw słyszysz, że Twój brzuch wygląda dziwnie, ale żadnego skierowania nie dostajesz. I oczywiście hus, że jak jesteś na usg u innego lekarza i mówisz mu, że Cię coś boli, to on wysyła Cię do Twojego prowadzącego lekarza (chociaż ja tam żadnej więzi nie czuję!), mimo że ten jest na urlopie!!!
Nie, to wszystko nie ważne. Ważna jest oburzona położna, która mimo że na odległość widać 1 dużą żyłę, w którą można się ładnie wbić i pobrać te 4 fiolki krwi na badanie, to ona się wbija gdzieś obok, zapalając niekontrolowane świeczki w oczach, po czym nic nie leci. I jeszcze się dziwi, że nic nie leci. Ogląda drugą, na której też nie ma żył widocznych, ale co tam - też się wkuje! A niech ma! I dalej nic nie leci! Rany - jakież to było niespodziewane... Już chce wbijać się w nadgarstek albo w dłoń, ale na szczęście przekazuje "pałeczkę" innej, bardziej ogarniętej, która od razu widzi tą pierwszą, wyraźną na metr żyłę i upuszcza krew...Koniec męki.
Ja już mam dość. Rany!!! Ludzie! Jest zagrożenie! Jest podejrzenie! A oni rozkładają Ci badania na minimum 3 dni, żeby dostać kasę z NFZ i hus, że w tym czasie możesz wykitować!!!
Dobra, potem mocz i na drugi dzień usg...
USG - badanie, podczas którego lekarz jest zainteresowany wysyłaniem smsów lub przeglądaniem facebooka... A jak już musi Ci zrobić badanie, to z fochem. Potem za karę, że śmiesz mu przerywać pisanie smsów jeździ Ci po brzuchu z konkretnym uciskiem, aby oczy nieco wyszły na wierzch. Tłumaczy, że płód jest dziwnie ułożony i musi go w ten sposób zmusić do zmiany pozycji.
Moje nienarodzone dziecko głupie nie jest i strzeliło focha, co jest dla mnie zrozumiałe i pokazało nam tyłek.
Na końcu stwierdził, że badanie trzeba powtórzyć, bo nic nie widać i najprawdopodobniej są jakieś problemy z sercem...
Badanie miało być w środę, ale badania nie było, bo ponowne badanie musi wykonać specjalista, który będzie w czwartek. Dzięki! Liczyłam na to, że wyjdę w czwartek i się przeliczyłam...
Na szczęście z ręką na sercu mogę powiedzieć, że badanie rzeczywiście przeprowadziła specjalistka, która nie tylko mnie uspokoiła, że z serduszkiem dzidzi wszystko jest ok, ale i z całym dzieckiem jest bardzo dobrze!
I nawet określiła płeć!!! ;)
Wszystko rzetelnie omówiła, z uśmiechem od początku do samego końca! Pierwszy raz od początku ciąży ktoś był nie tylko specjalistą, ale i pokornym specjalistą, który pracuje z powołania, a nie z przymusu, tylko dla kasy!
W piątek na szczęście wyszłam. Oczywiście, żeby tradycji stało się za dość, w związku z tym, że przebywam na zwolnieniu do wczoraj, cudowna Pani doktor oznajmiła, że mi zwolnienia nie wypisze. Hmm ciekawe, bo wg. ZUS zwolnienia mogą na siebie nachodzić i nie ma żadnego problemu. jednak ta Pani doktor miała swoje zdanie na ten temat - wg. niektórym się może nakładać, innym nie może... To bardzo ciekawe. Dlatego też dziś muszę naginać w tych cudownych upałach, z niezłą już kulką na brzuchu i pięknie spuchniętymi nogami i rękami do ginekologa wraz z wypisem ze szpitala...
Jakie jeszcze kwiatki mogą Was spotkać?
- Np. pierwszego dnia dostałam tabletki do połknięcia, aby po południu dowiedzieć się, że były dopochwowe...
- Nie liczcie na mięso w szpitalu - w dużej mierze są to kości, które jedynie co można polizać. Chociaż też nie zawsze...
- Czy to zima czy to lato - przykryj się prześcieradłem albo... przynieś sobie coś z domu.
- Sprawdź tabletki, jakie Ci dają - mi w ostatnim dniu pomylili luteinę dopochwową z luteiną pod język koleżanki obok. Cóż - obie dalej żyjemy.
- Jeśli myślisz, że podpisanie jedzenia i wrzucenie go do lodówki sprawi, że na drugi dzień je znajdziesz, to możesz się zdziwić...
- Możesz się zdziwić nawet jak na drugi dzień nie znajdziesz ręcznika czy głupiej gąbki do mycia naczyń...
No takie fajne szpitale mamy w Polsce ;)
sobota, 8 sierpnia 2015
Matka Polka
Matką Polką nigdy nie będę. Nie wyobrażam sobie siebie zapierdzielającą od świtu do nocy, ze strąkami na głowie, sprzątającą, gotującą i chodzącą wiecznie w powyciąganym dresie i przydeptanych kapciach... Takie mordowanie siebie, by tylko uszczęśliwić dziecko mnie nie jara.
A czy dziecko nie jest szczęśliwsze, kiedy jego matka jest szczęśliwa?
Wyobraźcie sobie czy obrazek takiej kury domowej z przymusu, nie z powołania, sprawi jakiejkolwiek kobiecie radość? Czy jej życie nabierze przez to większego sensu? Spełni swą życiową misję sprzed setek lat? Nie sądzę.
Umiar.
Słowo klucz. Powtarzane w każdej dziedzinie życia człowieka. Jakoś i w tym przypadku się sprawdza. Wszystko z umiarem. Przecież dziecko ma też ojca. Są też dziadkowie, którzy raz na jakiś czas też z chęcią zaopiekują się takim małym dzieckiem.
Nie chodzi o to, że ja się uwalę na kanapie i będę robić nic, albo wrócę na pełen etat do pracy i tyle mnie widzieliście. Nie. Ja mogę gotować, nawet lubię, ja mogę posprzątać, bo fajnie jest mieszkać w czystym mieszkaniu, ja mogę się opiekować dzieckiem i pewnie nawet będę chciała, ale czasem pojawi się taka myśl: mam kurde dość wszystkiego! I jest ok. Może się pojawić. I to wcale nie znaczy, że jesteśmy złymi matkami czy żonami.
Jak każdy człowiek, my też możemy być po prostu zmęczone. Tak zwyczajnie zmęczone. I niechby ktoś nam powiedział, że przecież my tylko siedzimy w domu. Jak TYLKO, niech sam sobie posiedzi i zobaczymy ile wytrzyma. A kiedy u nas nadejdzie taki kres wytrzymałości, nie bójmy się tego okazać. Zostawmy ojca z dzieckiem na chwilę, wyjdźmy, popłaczmy sobie, potańczmy sobie, pośpijmy sobie. Zróbmy po prostu coś tylko i wyłącznie dla SIEBIE. To nie egoizm. To zdrowie. Zdrowie Twoje i Twojego otoczenia.
Mądry mąż i ojciec zrozumie. Nawet Ci nic nie powie, chociaż sam może przyjść z pracy w ciul zjebany i mieć ochotę też to wszystko kopnąć w kąt. Jednak on zostanie z dzieckiem i pozwoli Ci na czas dla siebie. Bo każdy zasługuje na czas dla siebie.
środa, 5 sierpnia 2015
Jestę Blogerę
Jeśli miałabym iść tropem słów Ryana Socasha na konferencji #SeeBloggers w Gdyni, który prowadził prelekcję dot. youtuberów i kreatorów, musiałabym powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak blogger.
Dlaczego?
Bo jeśli użytkowników poszczególnych płaszczyzn internetowych nazywamy od nazwy platformy to mamy odpowiednio: jutuberów, instagramerów, blogerów, tumblrerów, snapczatowców, pinteresterów, periscopów, itp dziwaków. Nieźle, co nie?
Zwłaszcza, że dla osób nie korzystających z poszczególnych aplikacji czy portali - nic one nie znaczą.
Kim jest dobry użytkownik bloga, youtube'a czy innego portalu?
Jeśli mówimy o tych czołowych, którzy tworzą dobre treści czytane, oglądane czy słuchane - mamy do czynienia z twórcami, a dla grona marketerów czy inwestorów - influencerami, z którymi warto przybić piątkę.
Określenie: Jestę Blogerę oznacza, że bloguję sobie. Lepiej czy gorzej, szerzej czy wąsko, ale sobie piszę. Popisuję się. Komentuję. Oceniam. Czasem coś pokopiuję. Ale czy tworzę? Nie zawsze jest to tożsame.
Blogowanie jest modne. Ostatnio nawet nie tylko modne - ostatnio dla niektórych z nas blogowanie stało się sposobem na życie. Jest to fajna sprawa dla tych, co rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Po części zweryfikuje to odbiorca, po części sam twórca treści może spróbować podnieść swą jakość dzięki pewnym możliwościom.
Od kiedy obserwujemy na arenie blogosfery liczne sukcesy, nie dziwi aż tak, że blogi zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Każdy chce się wypowiedzieć. Każdy nagle ma coś do zaoferowania.
Zmieniła się kultura z gazetowo-telewizyjnej na internetową i nie ma się co dziwić, że każdy chce coś powiedzieć. Koniec ery monologu prasy. Dziś prasa to my. A to czy będą nas czytać/słuchać/oglądać zależy tylko od nas.
Dziś nie ma miejsca na bylejakość. Dziś albo jakość jest, albo jej nie ma. Koniec. Kropka.
Dlaczego?
Bo jeśli użytkowników poszczególnych płaszczyzn internetowych nazywamy od nazwy platformy to mamy odpowiednio: jutuberów, instagramerów, blogerów, tumblrerów, snapczatowców, pinteresterów, periscopów, itp dziwaków. Nieźle, co nie?
Zwłaszcza, że dla osób nie korzystających z poszczególnych aplikacji czy portali - nic one nie znaczą.
Kim jest dobry użytkownik bloga, youtube'a czy innego portalu?
Jeśli mówimy o tych czołowych, którzy tworzą dobre treści czytane, oglądane czy słuchane - mamy do czynienia z twórcami, a dla grona marketerów czy inwestorów - influencerami, z którymi warto przybić piątkę.
Określenie: Jestę Blogerę oznacza, że bloguję sobie. Lepiej czy gorzej, szerzej czy wąsko, ale sobie piszę. Popisuję się. Komentuję. Oceniam. Czasem coś pokopiuję. Ale czy tworzę? Nie zawsze jest to tożsame.
Blogowanie jest modne. Ostatnio nawet nie tylko modne - ostatnio dla niektórych z nas blogowanie stało się sposobem na życie. Jest to fajna sprawa dla tych, co rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Po części zweryfikuje to odbiorca, po części sam twórca treści może spróbować podnieść swą jakość dzięki pewnym możliwościom.
Od kiedy obserwujemy na arenie blogosfery liczne sukcesy, nie dziwi aż tak, że blogi zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Każdy chce się wypowiedzieć. Każdy nagle ma coś do zaoferowania.
Zmieniła się kultura z gazetowo-telewizyjnej na internetową i nie ma się co dziwić, że każdy chce coś powiedzieć. Koniec ery monologu prasy. Dziś prasa to my. A to czy będą nas czytać/słuchać/oglądać zależy tylko od nas.
Dziś nie ma miejsca na bylejakość. Dziś albo jakość jest, albo jej nie ma. Koniec. Kropka.
niedziela, 2 sierpnia 2015
W końcu mam cycki!
Oh yeah! Ta z Was, która została obdarzona przez naturę hojnie i może pochwalić się sporym czy nawet wylewającym się biustem nie zrozumie dzisiejszego postu.
Tak, ciąża może mieć swoje plusy. Pomińmy ten fakt, że razem z cyckami rośnie nam przeważnie i dupa i brzuch i inne tam... Skupmy się na cyckach!
W końcu, jeśli dotąd Twój biust ledwo co był widoczny, zaczniesz go zauważać! Powiem więcej, najprawdopodobniej polecisz kupić nowy stanik, bo w obecny Twoje dwa nowe melony nie zmieszczą się już w dotychczasowe rozmiary, jakie nosiłaś ;)
Nie dość, że ładnie nam krągleją, to jeszcze dawno nie były tak mega jędrne, co nie? Nawet jeśli jakimś cudem nie zauważysz tego faktu, wierz mi - inni zauważą. I nie tylko Twój facet, ale i wszyscy wokół niezależnie od płci. Tak - zdecydowanie cycki to jedyna rzecz w naszym ciele, która może sobie rosnąć, zwłaszcza tak ładnie jak w ciąży.
Ja wiem i słyszę to na każdym kroku, że to efekt czasowy. Czasowy czy nie - jest. Więc cieszmy się, póki są ;) W końcu nie wiemy jak to będzie już po ciąży.
Ja dla przykładu w końcu mogę sobie założyć bluzkę czy sukienkę z głęboko wyciętym dekoltem i eksponować go tu i tam jakbym przechadzała się w kreacji od samego Lagerfelda idąc po czerwonym dywanie na premierze nowego hitu... W końcu kobiecość w pełni! Teraz już nikt nas nie pomyli z facetem ;P Nie ma takiej opcji! Cyc mówi sam za siebie!
Tak, ciąża może mieć swoje plusy. Pomińmy ten fakt, że razem z cyckami rośnie nam przeważnie i dupa i brzuch i inne tam... Skupmy się na cyckach!
W końcu, jeśli dotąd Twój biust ledwo co był widoczny, zaczniesz go zauważać! Powiem więcej, najprawdopodobniej polecisz kupić nowy stanik, bo w obecny Twoje dwa nowe melony nie zmieszczą się już w dotychczasowe rozmiary, jakie nosiłaś ;)
Nie dość, że ładnie nam krągleją, to jeszcze dawno nie były tak mega jędrne, co nie? Nawet jeśli jakimś cudem nie zauważysz tego faktu, wierz mi - inni zauważą. I nie tylko Twój facet, ale i wszyscy wokół niezależnie od płci. Tak - zdecydowanie cycki to jedyna rzecz w naszym ciele, która może sobie rosnąć, zwłaszcza tak ładnie jak w ciąży.
Ja wiem i słyszę to na każdym kroku, że to efekt czasowy. Czasowy czy nie - jest. Więc cieszmy się, póki są ;) W końcu nie wiemy jak to będzie już po ciąży.
Ja dla przykładu w końcu mogę sobie założyć bluzkę czy sukienkę z głęboko wyciętym dekoltem i eksponować go tu i tam jakbym przechadzała się w kreacji od samego Lagerfelda idąc po czerwonym dywanie na premierze nowego hitu... W końcu kobiecość w pełni! Teraz już nikt nas nie pomyli z facetem ;P Nie ma takiej opcji! Cyc mówi sam za siebie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








