wtorek, 11 sierpnia 2015

18 tydzień ciąży i wizyta w szpitalu

Jeeeeejjjj!!!

Jak dobrze być już w domu... Zresztą nim usiadłam do komputera po szpitalu i zaczęłam pisać ten post minęły 3 dni... Tak, trochę to trwa nim się człowiek ogarnie po szpitalnych ekscesach...

A co ja takiego ciekawego robiłam w tym szpitalu i czemu tam trafiłam, skoro do porodu jeszcze tyle czasu???

Przeczytajcie sami.

W nocy z 02 na 03 sierpnia obudził mnie straszny ból brzucha po prawej stronie. Do tego mdłości i zdrętwiała noga... Od razu czarny scenariusz: WYROSTEK!!! I TO W CIĄŻY!!!

Ogarnęłam się, doczłapałam do łazienki z nadzieją, że może po prostu muszę do wc i zaraz mi przejdzie. W końcu przy tych upałach się tyle pije, więc może mi coś uciska... Ale nie... Wracam i nie mogę się już położyć. Co jest? Nagle budzi się Łukasz i pyta co jest. Mówię, że nie wiem, ale widzę to czarno. Od razu się podniósł i wykręcił nr do szpitala. Powiedział co i jak i mieliśmy się zbierać na izbę przyjęć...

Od razu miałam przeczucie, że nie będzie to tylko badanie i do domu, więc wzięłam szczoteczkę do zębów, piżamę, ręcznik i pojechałam.

Nie pomyliłam się. Jednak na początku nim łaskawie Cię ktoś przebada, musisz przejść przez papierologię. I hus, że Cię boli, że prawie mdlejesz - nie ważne. Ważny jest papier, a nawet kilka papierów...

Dobra, w końcu idę na badanie. Najpierw jeszcze "rzetelny" wywiad z osobą zwijającą się z bólu w środku nocy... Dobre sobie. Przecież ja nawet nie wiem ile ważę!!! Walnęłam liczbę, zapisała i już. Chociaż waga była obok... Ale nie ważne...

W końcu czas na miłą wizytę z chirurgiem. Popatrzył, pogadał, przebadał i wysłał na 3 piętro - oddział perinatologii i ginekologii z diagnozą: CIĄŻA ZAGROŻONA.

Tam oczywiście zjeb od położnej, że jak brzuch boli, to się jedzie do lekarza lub szpitala od razu, a nie po trzech dniach od pierwszych boleści. I hus, że od swojego lekarza najpierw słyszysz, że Twój brzuch wygląda dziwnie, ale żadnego skierowania nie dostajesz. I oczywiście hus, że jak jesteś na usg u innego lekarza i mówisz mu, że Cię coś boli, to on wysyła Cię do Twojego prowadzącego lekarza (chociaż ja tam żadnej więzi nie czuję!), mimo że ten jest na urlopie!!!

Nie, to wszystko nie ważne. Ważna jest oburzona położna, która mimo że na odległość widać 1 dużą żyłę, w którą można się ładnie wbić i pobrać te 4 fiolki krwi na badanie, to ona się wbija gdzieś obok, zapalając niekontrolowane świeczki w oczach, po czym nic nie leci. I jeszcze się dziwi, że nic nie leci. Ogląda drugą, na której też nie ma żył widocznych, ale co tam - też się wkuje! A niech ma! I dalej nic nie leci! Rany - jakież to było niespodziewane... Już chce wbijać się w nadgarstek albo w dłoń, ale na szczęście przekazuje "pałeczkę" innej, bardziej ogarniętej, która od razu widzi tą pierwszą, wyraźną na metr żyłę i upuszcza krew...Koniec męki.

Ja już mam dość. Rany!!! Ludzie! Jest zagrożenie! Jest podejrzenie! A oni rozkładają Ci badania na minimum 3 dni, żeby dostać kasę z NFZ i hus, że w tym czasie możesz wykitować!!!

Dobra, potem mocz i na drugi dzień usg...

USG - badanie, podczas którego lekarz jest zainteresowany wysyłaniem smsów lub przeglądaniem facebooka... A jak już musi Ci zrobić badanie, to z fochem. Potem za karę, że śmiesz mu przerywać pisanie smsów jeździ Ci po brzuchu z konkretnym uciskiem, aby oczy nieco wyszły na wierzch. Tłumaczy, że płód jest dziwnie ułożony i musi go w ten sposób zmusić do zmiany pozycji.

Moje nienarodzone dziecko głupie nie jest i strzeliło focha, co jest dla mnie zrozumiałe i pokazało nam tyłek.

Na końcu stwierdził, że badanie trzeba powtórzyć, bo nic nie widać i najprawdopodobniej są jakieś problemy z sercem...

Badanie miało być w środę, ale badania nie było, bo ponowne badanie musi wykonać specjalista, który będzie w czwartek. Dzięki! Liczyłam na to, że wyjdę w czwartek i się przeliczyłam...

Na szczęście z ręką na sercu mogę powiedzieć, że badanie rzeczywiście przeprowadziła specjalistka, która nie tylko mnie uspokoiła, że z serduszkiem dzidzi wszystko jest ok, ale i z całym dzieckiem jest bardzo dobrze!

I nawet określiła płeć!!! ;)

Wszystko rzetelnie omówiła, z uśmiechem od początku do samego końca! Pierwszy raz od początku ciąży ktoś był nie tylko specjalistą, ale i pokornym specjalistą, który pracuje z powołania, a nie z przymusu, tylko dla kasy!

W piątek na szczęście wyszłam. Oczywiście, żeby tradycji stało się za dość, w związku z tym, że przebywam na zwolnieniu do wczoraj, cudowna Pani doktor oznajmiła, że mi zwolnienia nie wypisze. Hmm ciekawe, bo wg. ZUS zwolnienia mogą na siebie nachodzić i nie ma żadnego problemu. jednak ta Pani doktor miała swoje zdanie na ten temat - wg. niektórym się może nakładać, innym nie może... To bardzo ciekawe. Dlatego też dziś muszę naginać w tych cudownych upałach, z niezłą już kulką na brzuchu i pięknie spuchniętymi nogami i rękami do ginekologa wraz z wypisem ze szpitala...

Jakie jeszcze kwiatki mogą Was spotkać?


  • Np. pierwszego dnia dostałam tabletki do połknięcia, aby po południu dowiedzieć się, że były dopochwowe...
  • Nie liczcie na mięso w szpitalu - w dużej mierze są to kości, które jedynie co można polizać. Chociaż też nie zawsze...
  • Czy to zima czy to lato - przykryj się prześcieradłem albo... przynieś sobie coś z domu.
  • Sprawdź tabletki, jakie Ci dają - mi w ostatnim dniu pomylili luteinę dopochwową z luteiną pod język koleżanki obok. Cóż - obie dalej żyjemy.
  • Jeśli myślisz, że podpisanie jedzenia i wrzucenie go do lodówki sprawi, że na drugi dzień je znajdziesz, to możesz się zdziwić...
  • Możesz się zdziwić nawet jak na drugi dzień nie znajdziesz ręcznika czy głupiej gąbki do mycia naczyń...
No tych kwiatków pewnie każda z Was ma sporo do przekazania... Ja przed samym porodem pewnie też będę mieć nowe :P

No takie fajne szpitale mamy w Polsce ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz