czwartek, 30 lipca 2015

Jestem w ciąży i co dalej?

No właśnie, jestem sobie w ciąży. No fajnie. Nawet chciałam być w ciąży. Nawet bardzo chciałam być w ciąży. Ale chciałam a jestem – to dwie różne rzeczy. Jakoś tak. Nie kumem czemu, ale tak właśnie jest.

Jeszcze rok temu marzyłam o zajściu w ciążę... O posiadaniu potomstwa, takiego małego, ślicznego człowieczka, który uśmiecha się na mój widok, którego będę mogła kochać, któremu będę mogła gotować i śpiewać (chociaż z tym śpiewaniem to może przegięłam). No same rozumiecie… To znaczy zrozumieją te z Was, które same chciały mieć dziecko. Wkurzałam się, że nie mogę go mieć ot tak.

Myślałam, że mam jakiś problem. W końcu ile to się słyszy o tym, jak laska idzie na imprezę i wraca z brzuchem. Albo ile kobiet nie chce mieć dzieci i zachodzą w ciążę. U mnie nie było tak łatwo. Choroba? Nie, chyba jakaś psychiczna blokada. Niby mówi się, że im bardziej się chce, tym bliżej do sukcesu. W przypadku posiadania dziecka, dopiero jak powiedziałam sobie, że w sumie to jeszcze jestem młoda i piękna, więc szkoda czasu na pieluchy. I co wtedy???

I wtedy BUM i jest! No jest! Nie da się ukryć, że jest.

Ale wiecie co jest najgorsze w całej tej ciąży? Dla mnie osobiście dwie rzeczy, z których nie zdawałam sobie sprawy przed zajściem w ciążę, bo niby skąd miałabym to wiedzieć.

Pierwsze to reakcja otoczenia.

Nie chodzi tu o to, że rodzina i znajomi się nie cieszyli, bo się cieszyli, ale ich ciągła paplanina o tym, co powinnam, a czego nie powinnam doprowadza do szału! W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać kto tu jest bardziej w ciąży – ja czy oni? To podtykanie pod nos bardzo ciekawych i ważnych dla mnie i mojego nienarodzonego jeszcze dziecka informacji, książeczek, ciepłych i wspaniałomyślnych rad… Ble! A czy ktoś mnie zapytał czy ja w ogóle chcę to słuchać czy czytać?

HEJ! Ziemia do ludzi! Ciąża to ni koniec świata! A tym bardziej życia… No jestem w ciąży, ale jeszcze tego dziecka fizycznie nie ma, więc chcę żyć jak normalny człowiek, który może i się trochę szybciej męczy czy może i ma tą pierdoloną huśtawkę nastrojów i naprzemiennie ryczy bez powodu i się śmieje! Ale ja wciąż chcę rozmawiać o tym, co mnie jara, a wybaczcie – nie są to ani kupki dziecięce, ani pieluchy, nadchodzące wydatki, ubezpieczenia, itp.

Kurde – poza tym, że z dnia na dzień przypominam coraz bardziej bezkształtną kulkę, nic więcej się nie zmieniło. Ja dalej wolę pracować, jeśli tylko mnie w krzyżu nie łupie ani mdłości nie łapią. I to właśnie o pracy i nieco umiarkowanych imprezach chcę gadać :)

No i po drugie – służba zdrowia!

Nie wiem o co tu biega. Z jednej strony jesteśmy bombardowani informacjami o tym, że przyrost naturalny spada, że społeczeństwo się starzeje, a jak już w trosce o to społeczeństwo za chwilę dam im kolejnego człowieka do wyzysku (bo płeć wciąż nieznana), to oni mi łaskę robią, że mnie przyjmą na kontrolę. A wydusić od nich jakiekolwiek informacje graniczy z cudem. No chyba, że akurat masz nadmiar kasy i możesz sobie iść prywatnie – wtedy a proszę bardzo, po tyłku Cię pocałują. Chociaż i to nie jest regułą, bo jak trafisz na zły humorek doktorka płci obojętnej, to owe guru i tak pokaże kły.

Co, jak jesteś w ciąży i to w pierwszej ciąży i jeśli liczysz, tak jak ja, że ktoś Cię poprowadzi za rączkę, wesprze, doradzi, skieruje w odpowiednie miejsce i to na NFZ – to w dużej mierze się przeliczysz jak ja. Taśma. Zapamiętaj to słowo. Bo poczujesz się jak kolejny towar na taśmie, który trzeba popchnąć dalej i brać się za kolejny towar. Oczywiście, możecie się ze mną kłócić, że wcale tak nie jest, że same chodziłyście do ginekologa-położnika za free na NFZ i byłyście wspaniale traktowane. Świetnie – udało Wam się, gratuluję! Pewnie może nawet macie ochotę na kolejne dziecko. Ja obecnie nie wiem, czy mam ochotę na kolejne przy takiej służbie zdrowia, że rzygać mi się chce, jak mam iść na jakąś kontrolę. No ale jako że do rozwiązania mam jeszcze sporo czasu, będę musiała zacisnąć zęby i pochodzić jeszcze trochę. Innego wyjścia nie ma.

A tak poza tym?

A tak poza tym wszystkim nie jest źle. Cóż... moje ukochane jeansy poszły w odstawkę, muszę chodzić w nieco workowatych ciuchach, brzuch wciąż rośnie, czasem sobie pobolewa, bo czemu miałby nie boleć. W końcu to pierwsza ciąża - niech matka poczuje co to znaczy... Hehe :/ 
Grunt, że jeszcze się nie turlam i mogę się ruszać, choć słyszałam, że im bliżej rozwiązania, tym "zgrabniej" będę łapać równowagę. Taka trochę ślamazara z przymusu będę. No ciekawe. Zobaczymy. Na dziś to tyle z moje jakże interesującego wywodu prawie-matki.


2 komentarze:

  1. Asiu, nie wiedziałam, że jesteś ciężarówką, gratuluję!

    Tak poza tym podoba mi się szczery ton tego wpisu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję :) Teoretycznie się nie chwalę, ale w sumie ten wpis mówi wszystko ;P
      To komu nie powiedziałam osobiście?

      Usuń